sobota, 15 kwietnia 2017

O pesymizmie w bhakti


Ponieważ z różnych względów siedzę ostatnio całkiem po pas w myśli indyjskiej - niekoniecznie w tej, do której mi najbliżej - to drąży mnie pewna refleksja. Studiując te bardziej "psychologiczne" wątki, jak koncepcja podmiotu, ludzkie dążenia i wyzwolenie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo pesymistyczna jest ta filozofia. Ale nie tylko filozofia, także i religia, która na tych samych założeniach jest zwykle zbudowana.  Jak bardzo uwypuklana jest rola cierpienia, zdaje się wręcz, że życie traktuje się jako nic nie warte dlatego tylko, że przesiąknięte jest cierpieniem, że ból jest w życiu rzeczą pewną. Nawet Dźiwa Goswami rozpoczyna 'Pritisandarbhę' od ustalenia, że ostatecznie chodzi w życiu o to, aby całkowicie zniwelować cierpienie i uzyskać stałe szczęście. Zastanawiam się co tak bardzo przeraża Indusów, choć wydaje się, że musi to być sansara, powtarzalność, "wieczność" powtórnych trudnych narodzin. Ciekawe, że w ogóle nie afirmuje się tego, co dobre i piękne. Wystarczy, że jest perspektywa cierpienia i ona już wszystko prowadzi do pragnienia mokszy.

Karman, dharma, sansara i moksza.. 

Rzadko uświadamiamy sobie, że na tych samych koncepcjach ufundowany został także wisznuizm Ćajtanji. Czasem wyraźnie widzę, jak bardzo to wszystko do siebie nie pasuje w swojej istocie. Np. w przypadku aparatu psychicznego człowieka. Koncepcja na temat narzędzi poznawczych i ich funkcji stworzona została w sankhji i jodze, i im odpowiada, dobrze sprawdza się też w systemie adwajta, w którym wszystkie doświadczenia maja jedynie tę funkcję, żeby doprowadzić do zrozumienia, że "ty jesteś tym". Jeśli jednak świat nie jest iluzją, to wszelkie przeżywanie tutaj - czy to w ramach szkoły czy kary - nie ma żadnego sensu. Udoskonalamy się, budujemy stopniowo swoją wrażliwość, kształtujemy charakter po to tylko, żeby zburzyć to wszystko. Doświadczają wszystkiego nasze wadliwe "narzędzia" - to, co czujemy nie jest ważne, bo czuje to umysł/citta, to co myślimy nie jest ważne, bo czyni to buddhi, to, czym się czujemy nie jest ważne, bo czuje się tym nasze "fałszywe", iluzoryczne ego. Do życia "tutaj" wiedza o tych narzędziach jest bardzo przydatna, inaczej jest jednak, jeśli chodzi o życie wieczne. Nie byłoby z tą ideą żadnego problemu, gdybyśmy dążyli do "oczyszczenia siebie" ze wszystkiego, co naddane. Ale my chcemy ostatecznie czuć, myśleć i utożsamiać się. Ściągamy więc narzędzia "materialne", żeby założyć "duchowe". Przywdziewamy nawet duchowe ciało, które - wnioskuję - nie jest nami (chyba że jest jakąś uśpioną częścią nas czekającą na nas w świecie duchowym. Ale to jest sprzeczne z koncepcją atomiczności, niepodzielności duszy). Osobiście muszę traktować to jako metaforę, wyrażenie poetyckie, które w praktyce nic nie oznacza. Śmiem sądzić, że faktycznie ma miejsce jednak "rozwój", a nie budowanie, rozbiórka i budowanie od nowa z innego budulca. Koncepcje te mają moim zdaniem sens, jeśli budujemy do tego czasu, aż dojrzejemy, żeby efekciarsko zburzyć i uzyskać tym wolność. Ale to nie my - wisznuici, tylko ci wszyscy od duszy jako "sat".

Podobnie z ideą duchowego świata, ostatecznej rzeczywistości. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że opisy, których tak ochoczo się trzymamy, są raczej przerażające, gdyby je brać literalnie. Świat taki jak nasz, tylko dobry. Taki, w którym mamy życie jak nasze, ale nie mamy śmierci. Miejsce vai-kuntha.. Bez zmartwień, bez cierpienia. Znów cierpienie, którego Indus znosić nie chce, którego trzeba uniknąć. Ale czym będzie taki sam świat, tylko piękniejszy i wolny od zła? Przecież w nim wszystko straci sens. Co będzie znaczyło słowo "lew", albo czym będzie przejście w ciemną noc przez las? Jaka będzie głębia przeżywania bez perspektywy śmierci, końca? Ktoś powie, że tam będzie Joga-maja, która sprawi, że będzie "wrażenie", że śmierć jest, że lew może zabić, a w leśnej gęstwinie nocą czai się niebezpieczeństwo. Ale czy to nie oznaczałoby, że świat duchowy wzorowany jest na świecie materialnym? że naśladuje jego relacje i sensy?

To wszystko musi być inaczej. Wierzę głęboko w Krysznę, ideał ludzkiego Boga przyjęłam bardzo wcześnie (właśnie mamy 20tą rocznicę), bo przyciągał mnie, i wciąż przyciąga. To się nie zmieni. Jednak coraz częściej skupiam się na życiu tu, a nie na śmierci, o której - mimo przeczytania niemałej ilości różnych źródeł - wiem niewiele... Żeby nie powiedzieć -- nic. Cierpienie jest ciężarem, ale kiedy zadaję sobie pytanie (z perspektywy osoby, która nie wie, nie ma żadnych przecieków): jeśli by po śmierci nawet nic nie było, to czy warto jednak żyć? Nie mam wątpliwości. Nie widzę nawet innej możliwości -- byłaby nie tylko niewdzięczna, ale i nielogiczna. Po prostu jestem. Życie jednak postrzegam jako przywilej, dobro, łaskę. Dlatego w pewnym sensie daleko mi do Indii z ich uwypukleniem cierpienia, negacją życia i ciała.. Rozumiem ten pesymizm zwłaszcza w kontekście sansary, i w pewnym stopniu akceptuję, bo naturalnym jest unikać nieprzyjemności, ale czasem sobie myślę, że dobrym człowiekiem jest ten, który jest dobry bez żadnych obietnic, bez żadnych koncepcji. Rozumiem to przyciąganie do wieczności, stałej niezmiennej szczęśliwości, a jednak lekko temu nie dowierzam.. Jak adźniajikowie - nic nie wiadomo oprócz tego, że nie należy być świnia. (Chociaż... też nie w sensie odgórnego przymusu, a raczej empatii.) Kusi mnie, żeby jednak stawiać te heretyckie pytania. Właściwie dźwięczą mi głowie bardziej "hard-core'owe", ale jeszcze się ich trochę 'obawiam'.

Podobno dusza wątpiąca nie zazna szczęścia ani tu ani tam. 

(Z niebyciem świnią też różnie bywa, bo czy się jest, czy się nie jest, często się na nią wychodzi. Dlatego czasem wątpię w praktyczne znaczenie prawdy. Nikt jej raczej nie odnotowuje, a cóż z tego, że ja wiem. Zdaje się, że pobyt tutaj to taki wielki szwedzki stół - obsłużamy się sobą wzajemnie, zupełnie nie poświęcając drugiemu uwagi. Nie staramy się dostrzec drugiego takim, jaki jest. W gruncie rzeczy zawieramy związki głównie z sobą. Patrzeć i widzieć - to jest dopiero sztuka)

Może dlatego właśnie bliżej mi do 'Gity' ostatnimi czasy niż do 'Bhagawatam', ponieważ ona pomaga żyć tutaj. Na razie moje "prywatne lila" w tym świecie zajmują moją uwagę niemal całkowicie. Ufam, że Kryszna jest i tu obecny, że przyjmuje i ofiary z życia. Pewnie kiedyś - może na starość - przyjdzie czas na skupienie się na "tam". Myślę, że w gruncie rzeczy Prabhupada bardzo mądrze przełożył "bhakti" na "świadomość Kryszny". Tak właśnie postrzegam bhakti.

środa, 7 grudnia 2016

Szkic o niesfornych nogach Absolutu


Ostatnio, rozmyślając nad cierpieniem i udziałem w nim Boga, wpadł mi do głowy [ehem..] genialny acz wybitnie nieautoryzowany obraz. Otóż świat materialny z całą naszą pożałowania godną sytuacją i niezawinioną karmą (anadi nie wiadomo kto zaczął, ale ktoś musi oberwać) po prostu musi być siniakiem na nodze Absolutu. Inaczej być nie może. Każda inna możliwość, inne wytłumaczenie obecnego stanu rzeczy wikła Boga w nasze cierpienie, zdradza jego niecny współudział (patrzy, ale ręki nie poda..). A przecież Bóg jest dobry – tak czujemy w kościach, nie żebyśmy zaraz to gdzieś mieli obserwować wokół siebie.. Ale wierzyć trzeba, trzeba mieć nadzieję. Musimy się więc pochylić raczej nad koncepcją i ukuć ją sobie wedle własnej miary. A przekonana jestem, że zamiast szukania świętego sensu, trzeba Boga zapytać o łupanie w krzyżu. Jest to znacznie krótsza droga do oświecenia i nie rodzi potrzeby zsyłania teologów, żeby nam poukładali to, co się inaczej składać nie chce, a potem sensownie wyłożyli w księgach. Co mają sobie ręce brudzić, niech grają w tę piłkę w spokoju!

Otóż mnie koncepcja boskiego siniaka tłumaczy w zasadzie wszystko.

Po pierwsze – jak na filologa przystało – abhidhā, czyli „a dlaczego siniak”. A bo na nodze, a świat fizyczny, jak wiedzą wszyscy pandici, zwie się eka-pada-vibhūti. Pada to przecież nic innego, jak noga. Eka-pada to jedna noga, tyle już wiemy. Teraz vibhūti.. 'manifestacja mocy, wielka, nadludzka moc'. Jesteśmy zatem mocnym przejawieniem na jednej (boskiej  rzecz jasna) nodze. Narzuca się samo, nieprawdaż?

Po drugie, boski siniak tłumaczy zupełny brak logiki zaistnienia świata i doboru dusz do niego, a także bezzasadny ich podział na unmukha i bahirmukha w stanie jeszcze przecież nieuwarunkowanym. No bo jakaż może być logika w tym, że ktoś się walnął (i w co)? Przecież nie specjalnie! Ponadto, przejawia się w tym obrazie ludzki charakter Boga – szedł i zwyczajnie nie zauważył kamyka małego, przewróconego drzewa, a może chłopiec-pasterz kopnął go w piszczel podczas gorącego meczu? Zdarza się. Z tego również wynikałoby, że świat nie jest grą w znaczeniu zimnego zamysłu surowego demiurga, który z wszelką uwagą przygotował arenę dla wyklętych pacynek wyrywających sobie w ramach ćwiczeń ręce, nogi czy serca. Nie, to skutek małej nieuwagi, chwili zapomnienia, wolny jest więc od nieprzychylnych intencji Nadduszy. Czy nie pasuje to bardziej do wizerunku delikatnego Kryszny, który jest czuły na każdy gest swojego bhakty i zawsze gotowy na odwzajemnienie, ale i który się chowa z byle powodu ze wstydu i niechęci, by się narzucać? Czy raczej jednak Bóg wyczulony na własnym punkcie, a obojętny na krwawe jatki pośród swoich podopiecznych..?

Co więcej, siniak jako bolesna kontuzja odczuwany jest dotkliwie także i przez Niego. Ból człowieka nie jest Mu obojętny, cierpi z nami.

Po trzecie, acintya-bhedābheda w temacie jednoczesnej jedności i odrębności dusz i Boga, oraz bycia i nie-bycia Boga w tym świecie. Niby jesteśmy Bogiem i w Bogu, a jakoś tak zachowujemy się jak potłuczeni. Jesteśmy Nim w sensie istoty i potencjału, lecz chwilowo niedysponowani, więc i nieprzejawiający pełni swoich mocy. Czy ktoś zaprzeczy, że lepiej być stanem zapalnym, strupem na łokciu, zdartym kolankiem lub czarnym paznokciem, niż duszą wiecznie upadłą? Jednocześnie nie wychodzimy nigdzie poza Boga, tak jak i Bóg nie przestaje być swoim siniakiem. Można by temat rozwinąć o porównanie mistycznej geografii z mistyczną topografią siniaka, ale nie czuję się ekspertem w kwestii opuchlizn czy to bardziej płaskich, czy w kształcie golaka. Temat wypukłości znudził mnie już dostatecznie przy dyskusji płaskoziemnej. Coś w każdym razie jest na rzeczy..

Po czwarte, kiedyś się zagoimy, co oznacza, że nie jesteśmy wyklęci na zawsze! A Bóg bez wątpienia jeszcze nie raz się w coś uderzy. W końcu zabawy w lesie są bardzo niebezpieczne, a jeszcze jak zakochany, to i rozkojarzony. Miejmy tylko nadzieję, że następnym razem jednak w co innego..


Eh.. kiedyś tę myśl dopracuję O:)

Póki co i takie bazgroły dodają mi otuchy. Śakti jako koncepcja wydaje mi się taka 'nieuchwytna'.

niedziela, 27 listopada 2016

Z Twardowskiego o bożym świecie


Poznaję

poznaję ciebie bo masz złe humory
niebo obok czyśćca a piekło od zaraz
i ty mnie zauważasz
bo mam krzywe serce
to znaczy wiele uczuć które mnie prowadzą

błądzimy grzeszymy
i trzaskamy drzwiami
gdy wady nam uciekną
to się nie poznamy


Żeby wrócić

Można mieć wszystko żeby odejść
czas młodość wiarę własne siły
świętej pamięci dom rodzinny
skrzynkę dla szpaków i sikorek
miłość wiadomość nieomylną
że nawet Pan Bóg niepotrzebny

potem już tylko sama ufność
trzeba nie mieć nic
żeby wrócić


Zaczekaj

Kiedy się modlisz - musisz zaczekać
wszystko ma czas swój
widzą prorocy
trzeba wciąż prosząc przestać się spodziewać
nie wysłuchane w przyszłości dojrzewa
to niespełnione dopiero się staje

Pan wie już wszystko nawet pośród nocy
dokąd się mrówki nadgorliwe spieszą
miłość uwierzy przyjaźń zrozumie
nie módl się skoro czekać nie umiesz


Spotkania

Ktokolwiek nas spotyka od Niego przychodzi
tak dokładnie zwyczajny że nie wiemy o tym

jak osioł co chciał zawyć i nie miał języka
lub chrabąszcz co swej nazwy nie zna po łacinie
będziemy się mijali nie wiadomo po co
spoglądali na siebie i sięgali w ciemność
myśleli o swym sercu że trochę zawadza
jak wciąż ta sama małpa w sensacyjnej klatce

Ktokolwiek nas spotyka od Niego przychodzi
jeśli mniej religijny --- bardziej chrześcijański
wspomni coś od niechcenia podpowie adresy
jak śnieg antypaństwowy co wzniosłe pomniki
z wyrazem niewiniątka zamienia w bałwany
niekiedy łzę urodzi ważniejszą od twarzy
co pomiędzy uśmiechem a uśmieszkiem kapie

Ktokolwiek nas spotyka od Niego przychodzi
nagle zniknie - od razu przesadnie daleki
czy byliśmy prawdziwi - sprawdził mimochodem


Różne samotności

Przyszedłem ci podziękować
za samotności różne
za taką gdy nie ma nikogo
lub gdy się razem płacze
i taką że niby dobrze
ale zupełnie inaczej
za najbliższą kiedy nic nie wiadomo
i taką że wiem po cichu ale nie powiem nikomu
za taką kiedy się kocha i taką kiedy się wierzy
że szczęście się połamało bo mnie się nie należy
jest samotnością wiadomość
list dworzec pusty milczenie
pieniądz genialnie chory
minuty jak ciężkie kamienie
czas zawsze szczery bo każe iść dalej i prędzej
mogą być nawet nią włosy
których dotknęły ręce

są samotności różne
na ziemi w piekle w niebie
tak rozmaite że jedna
ta co prowadzi do Ciebie


Więc to Ciebie szukają

Więc to ciebie szukają gdy kupują kwiaty
by na serio powtarzać romantyczne słowa
wierność innym ślubując gdy biegną po schodach
roznoszą swoje serce na różne adresy
gdy patrzą sobie w oczy by siebie nie widzieć
więc to Ciebie szukają nic nie wiedząc o tym

pisząc o dziurze w niebie o bólu zdumienia
czy Bóg być musi jeśli Boga nie ma
czy może się sumienie zaciąć jak parasol
o tym że kto nie płacze przestaje być dzieckiem
o głuchym co wykończy wreszcie kaznodzieję
gdy nie pasują jak dwie nogi lewe
gdy mówią: zaraz przyjdę. Czekajcie z herbatą
mam tylko pospisywać nazwiska z cmentarza
niewielka to robótka zaraz będę gotów

gdy chcą oddawać wszystko umierać dla kogoś
maciejkę czułą w nocy pieścić na pamiątkę
gdy trąbią z przekonania że nikogo nie ma
i chodzą wkoło Ciebie jak czapla po desce


Przeciw sobie
Pomódl się o to czego nie chcesz wcale
czego się boisz jak wiewiórka deszczu
przed czym uciekasz jak gęś coraz dalej
przed czym drżysz jak w jesionce bez podpinki zimą
przed czym się bronisz obiema szczękami

zacznij się wreszcie modlić przeciw sobie
o to największe co przychodzi samo


(trochę czekała, ale się doczekała uwagi. Dzięki)

niedziela, 6 września 2015

Jay Kanhaiyya Lal ki!

Już po, ale z nadzieją, że było równie radosne i pełne bhadźanu, jak u nas.


PS: Jose Ortega y Gasset, Szkice o miłości. Fajna - czujna obserwacja, contra dla romantycznych mitów. Lubię rozumieć i zawsze przeczuwałam, że to wszystko jest inaczej.
Ale to wcale nie poza tematem bożonarodzeniowym ..

Dobrze, najwyższy czas przestać gadać od rzeczy - to już nie hari-tosanam. Niniejszym zaczynam mówić z sensem, żadnych aluzji-iluzji. Wszak jest tylko to, co jest, a tego, czego nie ma - nie ma, a przynajmniej nie ma powodu, by istnienie tego podejrzewać.
Iluzja - w tarocie księżyc, siódemka pucharów. To mnie zastanawia. W popularnej symbolice księżyc jest żeński i emocjonalny, natomiast w jodze energię żeńską reprezentuje Słońce (ogień, niszczenie). Księżyc jest męski, choć "płynny". Ciekawe dlaczego potem się tak wszystko pozamieniało..  Pewnie przez Junga :B


 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Coś tu jest "flat", tylko chyba co innego..

Na pewno nie jest to Ziemia, a co najwyżej "blockheads" O:) niektórych osobników, którym wolność zanadto rozbujała wyobraźnię. Niestety są to też bhaktowie, a właściwie "są to bhaktowie", a nawet może "jest to.. większość bhaktów"?! Nie mam absolutnej pewności, jednak sądząc po przyznawanych"lajkach", które widuję zza mężowego ramienia, całkiem spory procent bhaktów - polskich, wyedukowanych w darmowych szkołach z całkiem przyzwoitym poziomem - wierzy, ba! jest pewnych, że Ziemia jest płaskim talerzykiem! A dlaczego? Bo wiadomo: Żydzi, jaszczury, NASA kłamie, photoshop, kręgi w zbożu, kupiona nauka, no i oczywiście "tak mówi Bhagawatam".
Cóż, wobec tego ja osobiście uważam, że szkoła dla bhaktów to strata pieniędzy. Niech lepiej na tych swoich laptopach przecież marki "śastra" robią sobie kursy internetowe na temat: "porażka nauki" albo coś w tym guście. 

Kiedy wśród bhaktów wybuchła histeria ze szczepionkami, a wszystkie koleżanki, które w ostatnich latach wydały na świat jakieś potomstwo jak jeden mąż porzuciły zwyczaj szczepienia, podeszłam najpierw do tych tajemniczych spraw ludzi mądrzejszych ode mnie z dystansem. Przecież nie wiem, co tam się teraz dzieje w medycynie - pewnie jako rodzice mają jakąś rację. Trują jedzenie, to pewnie i inne rzeczy mogą. Po czasie jednak fala idiotycznych argumentów antyszczepionkowych zaczęła uwierać mój rozsądek. Wypytałam najpierw przyjaciółkę, dlaczego właściwie nie szczepi dziecka, potem inne osoby, i uderzyło mnie, że to "tylko tyle". W zasadzie za powierzchownymi chwytliwymi hasłami nie ma żadnej istoty, żadnego poważnego działa, dowodu, badania, żadnej solidnej podstawy, żadnej książki z prawdziwymi przypisami, żeby z takim lękiem podchodzić do procedury, która na przestrzeni stulecia niezaprzeczalnie przyczyniła się do olbrzymiego spadku umieralności - zwłaszcza umieralności dzieci. Ileż można cytować Majewską i jej badania niemal "ezoteryczne" i zdemaskowanego, pozbawionego tytułów i licencji Wakefielda? Weszłam głębiej, poznałam wszystkie chyba argumenty anty, wiele pro (jednak medycyna czy biologia stanowczo wykracza poza moje możliwości penetracji), wdałam się w parę dyskusji z bhaktami, głównie dociekając przyczyn ich kategorycznej postawy, i starając się jakoś podsunąć im inny punkt widzenia... Niestety, ręce mi opadły. Sama nabrałam pełnego przekonania w błogosławieństwo szczepień, ponieważ wcześniej nie miałam zdania, jednocześnie dotarło do mnie, że dla wielu osób nie chodzi wcale o żadne argumenty. W pewnym momencie trzeba zacząć pytać o osobę wątpiącą, o motywacje, głęboko zakorzenione przekonania, przez które ktoś nie chce (bo nie jest to kwestia umiejętności) przedrzeć się do rozsądku. Najbardziej zadziwiający jest argument, że przecież nie szczepiąc nikomu nie szkodzę - najwyżej samemu zachoruję. Jak to trzeba nie mieć wyobraźni.

I zastanawia mnie - skoro osoby te porzucają naukę i za nic mają naukową metodę, to po co argumentują swoje racje? Przecież nauka to nic innego, jak empiria i logika. Wygląda mi na to, że im wcale, wbrew pozorom, nie chodzi o śastra, które musieliby poważnie studiować z uwzględnieniem całego kontekstu, ale o taką lżejszą empirię - taką, która nie jest kategoryczna (a ja widziałem, że horyzont się nie zagina! i nawet jak mi pokażesz obliczeniami, że to iluzja, to ja wiem swoje), i o lżejszą logikę - że jak powiem, że "amerykańskie badania pokazały...", to już wystarczy i żadnych pytań. Jeśli argumenty sobie przeczą - jakiż to problem dla transcendentalisty?! ;) No jaki?

Niedawno zaś przyuważyłam jakiś nagły nawrót średniowiecza w kwestii kulistości Ziemi i jej ruchu wokół Słońca i własnej osi. Jako dziecko geografa ciężko zniosłam argumenty rodzaju: gdyby Ziemia była płaska, to jak nie pospadaliby ludzie stojący na dole? (autentyk!) Przy takiej prędkości ruchu obrotowego ludzie by pospadali oraz Jakim sposobem woda niby miałaby się trzymać w kulce i nie wylać? Jak można wierzyć w grawitację? No doprawdy, jak? ;) Najpierw trzymałam język za zębami, bo na pewną głębokość absurdu człowiek schodzić raczej nie powinien, ale potem widzę, że nikt nic nie pisze z sensem, tylko same lajki lecą, no to myślę, że ołówek i kartka wystarczą na odsiecz na ten mierny model Ziemi. W jakże wielkim byłam błędzie.

Usłyszałam najcudaczniejsze argumenty, zobaczyłam model tak kompletnie błędny, że aż śmieszny, nastawiałam pytań, na które nie uzyskałam ani pół sensownej odpowiedzi, toteż nawysyłałam filmików instruktażowych, które jednoznacznie ale przystępnie obalają argumenty, i nic, nikt ich chyba nawet nie obejrzał, bo koledzy zajęci byli bombardowaniem dowodami z kategorii:

http://www.atlanteanconspiracy.com/2015/08/200-proofs-earth-is-not-spinning-ball.html?m=1
Mój mąż najbardziej zachwycił się tym o zaginaniu dziobu samolotu aby nie wyleciał w kosmos, mnie natomiast zachwyciły tory ;) A oto i Ziemia


[Szczególnie polecam zwrócić uwagę na wielkość Australii w stosunku do Ameryki Północnej ;) oraz tę cudowną rozszerzalność południków. Ponadto nie ma bieguna południowego, a Zwrotnik Raka jest jakoś o połowę krótszy od Zwrotnika Koziorożca, przy czym (tego nie widać, ale tak ma być) Słońce i Księżyc krążą tylko nad Ziemią pomiędzy ZK i ZR, nigdy nie chowają się pod, a ich znikanie za niby horyzontem jest wynikiem perspektywy - są tak daleko, że już ich nie widać ;) i zapada noc... na biegunie północnym nawet czasem noc polarna :P itp. itd.]

Na koniec wyrzucono mnie z dyskusji z pożegnaniem prywatnym: "Idź sikać gdzieś indziej", bo przecież odbieram bhaktom wiarę w śastry. Wiem już dobrze, że wkurzam ludzi, ale akurat ta kwestia jest tak łatwa do sprawdzenia, tak dziecinnie prosty model do obalenia, że nie mogę uwierzyć, że ktoś nie chce choć na chwilę włączyć krytycznego myślenia w tej walce z narzuconą propagandą NASA. Co ciekawe wszyscy flat-earthowcy posługują się tymi samymi argumentami, co nieuchronnie znaczy, że z tej wolności do posiadania własnego zdania raczej nie korzystają. Nie trzeba żadnego NASA, żeby udowodnić, że Ziemia jest kulą, Słońce jest, gdzie jest, i ustalić co krąży wokół czego. Nie w dzisiejszych czasach, kiedy można zadzwonić do kolegi z Australii i zapytać gdzie i jak widzi Słońce czy Księżyc.
No wstyd, że bhaktowie mają tak prymitywne poglądy, co gorsza w ogólnointernetowych walkach przeciw kulistości Ziemi często cytuje się vedabase, co moim zdaniem jest niedźwiedzią przysługą dla społeczności wisznuitów. Nie mogę pojąć, dlaczego ludziom wyklucza się nauka z religią, zwłaszcza, że to już przerabialiśmy przy inkwizycji.

Jednak najlepsze jest to, że ci orędownicy wolności myślenia (przeciw ustalonemu porządkowi) dowodząc swoich racji posługują się filmem dokumentalnym (In search of the edge.: https://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=MH1XotarAXU materiały dla uczniów i guide dla nauczycieli: http://www.bullfrogfilms.com/guides/searchguide.pdf), który został stworzony dla uczniów szkół w celu pobudzania ich krytycznego myślenia oraz ukazania mocy mediów. Jest to żarcik, eksperyment, do którego dołączono materiały dla uczniów i nauczycieli. Moja mama też puszczała go uczniom po to, żeby sami zorientowali się, że coś tu jest nie tak ;) Żeby rozumieli dlaczego obowiązuje taka a nie inna wersja.

To przykre, że rozsądek wyszedł z mody. To wspaniale, że bhakti to nurt raczej pacyfistyczny, w przeciwnym razie z taką dozą dosłowności i fanatyzmu lałaby się krew, oj lałaby..




Można by zadać pytanie, dlaczego ludzie nagminnie łamią konwencję języka - oczekują racjonalności od języka sacrum i bazowania na kategoriach wiary od języka profanum.
Np. w czerwcu miałam okazję słuchać wykładu sannjasina gaudija (z ISKCON). Przemówienie było w nastroju żartu i ironii, jak zresztą zazwyczaj, ale tylko w tych partiach, które miały prześmiewać materialne stworzenie, fragmenty o bhakti zaś podane były w idealnie absurdalnym dla rozsądku języku religii. Zdaje się, że nikt nie czuł w tym nic niewłaściwego, ja również nie - wszystko się zgadzało. Na koniec ktoś zadał pytanie: co ma zrobić, kiedy on sam lubi słuchać o Krysznie, ale wszyscy w rodzinie są katolikami. Chciał wiedzieć, czy musi porzucać chrześcijaństwo. Zaskoczyła mnie dopiero ta odpowiedź, ponieważ mimo że dotyczyła religii, w związku z czym spodziewalibyśmy się ujęcia problemu w jej kategoriach, to Swami postanowił nagle - ku uciesze publiki - przeskoczyć na język profanum (tak blisko gleby, jak tylko można). Zaczął wyśmiewać założenia chrześcijaństwa jako nierozsądne :/ M.in. jak to Jezus jest synem Boga, przecież Bóg jest taki wielki i nie może mieć tylko jednego syna, albo jak chrześcijaństwo miałoby kogoś doprowadzić do Boga, skoro chrześcijanie nie wiedzą nawet jak ich Bóg wygląda.. czy Jak duch święty może być gołębiem? itp. Uderzyło mnie aż, jak wielkich "nonsensów" nie zauważamy w swojej religii z racji własnej w nią wiary, uczestnictwa (np. czym właściwie różni się koncepcja trójcy świętej od koncepcji potrójnej natury Absolutu w hinduizmie? Obie są tak samo niesprawdzalne, abstrakcyjne i niemożliwe z perspektywy racjonalności), a jak nie potrafimy z takim samym zrozumieniem spojrzeć na religię innych. Z drugiej strony jakimi analfabetami staliśmy się nawet w swojej religii mieszając perspektywy, co niby zmusza nas do ślepego "przyjęcia śastr" a odrzucenia nauki, a co w rzeczywistości jest raczej przyjęciem za bożka własnego, niepotrafiącego już słuchać i rozumieć wiary, umysłu. Przecież sens religijny, sens rytuału jest czymś zupełnie innym, niż sens w rzeczywistości codziennej i codziennego języka. Tu działają zupełnie inne zasady oznaczania i kiedyś osoby wierzące bezbłędnie odczytywały sens swoich rytuałów. Przyłożenie kategorii ratio do mowy religijnej, które ma miejsce teraz, ale pojawiało się i wcześniej, musi skończyć się porażką, bo totalnie zubaża przekaz, który jest dużo większy i głębszy niż dosłowność. Doprawdy, skąd ta tendencja, żeby dosłowność postrzegać jako pełnię znaczenia?

Potrafimy zabijać (na pewno przynajmniej relacje) za swoją wiarę, za tę dosłowną prawdziwość góry Meru, której nigdy nikt nie widział (30 tyś. jodźanów nie rzuca nawet cienia na ten cudowny płaski model Ziemi), ale gdy ktoś ze znanych nam bhaktów powie, że właśnie spotkał Krysznę czy półboga (jeden podobno spotkał krasnoludka), to szybko wskażemy mu drogę do Tworek. No to jak w końcu? Otóż, to nie nauka niszczy wiarę w śastry, to nie świat, który nie chce wyglądać jak z Bhagawatam, tylko raczej coś w każdej indywidualnej głowie, bo być może jest płaska ।:) A zważając na rozległość tej równiny, jakaś niewspółmierna duma cechuje bhaktów gaudija. Mnie coraz częściej jest za "nas" wstyd. Nie chciałabym, żeby współczesne bhakti oznaczało połączenie głupoty/naiwności, sentymentalizmu i dumy (a właściwie pychy), tak jak współczesny islam. Kultywowanie ciemnoty to nie ta tradycja.


*******

Pozwolę sobie, w ramach dodatku, zacytować Galileusza (Emile Namer, Sprawa Galileusza), bo on już przerabiał "ten" temat. Ustęp pt. "Pismo Święte nie może być sprzeczne z nauką":

     Pismo święte wskazuje ludziom drogi zbawienia, a nie odkrywa praw przyrody - również boskich - rządzących ruchami astronomicznymi. Dlatego też pogląd może być narażony na zarzut herezji tylko wówczas, gdy dotyczy zbawienia dusz. Natomiast gdy chodzi o prawa przyrody, nikt - choćby był teologiem - nie może rościć sobie pretensji do decydowania o słuszności czy fałszu  ścisłych badań uczonych. Tak samo nie jest w mocy uczonych zmiana poglądów zależnie od widzimisię teologów. I nikt też nie może rościć sobie prawa wciągania Pisma Świętego w tego rodzaju dyskusje:
     "Po wyjaśnieniu powyższego wydaje mi się, że w dysputach dotyczących problemów przyrody należy zacząć nie od powoływania się na autorytet Pisma Świętego, lecz od namalacnych eksperymentów niezbędnych udowodnień. Ponieważ Pismo Święte oraz przyroda tak samo pochodzą od słowa Bożego - to pierwsze jako wyraz Jego mysli, a drugie jako wierny wykonawca Jego rozkazów - [...] wypływa z tego, że pokazane nam przyrodnicze wyniki namacalnych eksperymentów bądź niezbędne wyjaśnienia narzucające się naszemu rozumowi nie powinny w żadnym wypadku być podawane w wątpliwość, a tym bardziej potępiane pod pretekstem, że Pismo Święte wzięte dosłownie miałoby sugerować inny punkt widzenia.
     Istotnie, nie sądzę, aby należało założyć, że ten sam Bóg, który nas wyposażył w zmysły, rozum i inteligencję, chciał pominąć ich użytkowanie, udzielając nam innym sposobem nauk aniżeli za ich pośrednictwem [...] oraz że w ten sposób mamy dojść do wyrzeczenia się doświadczenia i rozumu, zwłaszcza jeśli chodzi o nauki, których Pismo Święte dostarcza nam jedynie nikłą część i nadto w rozproszonej postaci, co odnosi się zwłaszcza do astronomii, o której mowa tylko mimochodem, jeden lub dwa razy o Słońcu i Księżycu, a nigdy o planetach prócz Wenus, wskazanej pod imieniem Lucyfera [...].
     I jeżeli Duch Święty nie chciał nam przekazać tych nauk, nie wchodzących w jego zamiar wskazania nam drogi zbawienia, jakże wtedy twierdzić, że taki to fragment raczej niż inny  stanowił artykuł wiary, ten zaś jest błędny? Czy pogląd, który nie dotyczy zbawienia duszy, może stanowic herezję? [...] 
     Jeżeli z jednej strony Pismo Święte narzuca niejedną interpretację daleką od dosłownego znaczenia i jeżeli z drugiej strony nigdy nie można być pewnym, że wszyscy interpretatorzy są przez Boga natchnieni [...] sądzę, że będzie rzeczą wielce roztropną nikomu nie pozwolić na roszczenie sobie prawa do wciągania Pisma Świętego do problematyki twierdzeń przyrodniczych, mogących przeciwstawić się doświadczeniu oraz racjonalnemu i koniecznemu tokowi myślenia. I któżby  chciał narzucić granice możliwościom ludzkiej mysli? Kto chciałby twierdzić, że wszystko już widziano i poznano, co jest dostrzegalne i możliwe do poznania w tym świecie?"
     Galileusz tym razem wyraźnie oskarżał swych prześladowców o znieważenie w swych próżnych kłótniach świętości Pisma i tradycji przez to, że podstepnie doprowadzili do rywalizacji między naukami Biblii a prawda naukową.
     "Poważni i świątobliwi pisarze unoszą się, moim zdaniem, przeciwko takim to właśnie ludziom, a to nie bez kozery. Oto, co na ich temat pisze św. Hieronim: <<Wszyscy pretendują do jego znajomości [Pisma Świętego], wszyscy jakoby je posiadają. Staruszka gaduła, jak i niedołężny starzec czy też wielomówny sofista, wszyscy go uczą i wszyscy szarpią je, zanim sami jeszcze zdołali nauczyć się go!>>"
     Teologom przeciwstawia wymagania człowieka wiedzy:
     "Nie leży w możliwościach nauczycieli nauk eksperymentalnych zmiana poglądów według swego widzimisię i dostosowanie ich raz do jednego, a to znów do innego poglądu. Istnieje wielka różnica między skłanianiem matematyka czy filozofa do przyjęcia jakiegoś poglądu a wydawaniem poleceń handlarzowi czy nawet prawnikowi. Nie można zmieniać wyników badań dotyczących spraw przyrody i nieba z równą łatwością, jak to się dzieje przy podpisaniu umowy, ustalaniu taksy bądź transakcji wymiennej. Różnicę tę doskonale rozumieli uczeni i święci Ojcowie [...] jak to u niektórych spośród nich można wyraźnie stwierdzić. Toteż czyta się u św. Augustyna następujące słowa:
     <<Należy uznac za rzecz nie budzącą wątpliwości, że wszystko, co uczeni świata mogli udowodnić jako coś prawdziwego w naturze rzeczy, nie jest w niczym - a my to udowadniamy - sprzeczne z Pismem Świętym. Natomiast wszystko, co w ich pismach wydaje się sprzeczne z Pismem Świętym, należy bez wahania uznać za fałszywe, a w takim przypadku musimy to udowodnić wszelkim dostępnym nam sposobem [...] W ten sposób, przywiązani do wiary Naszego Pana, w której kryją się skarby mądrości, nie pozwolimy się uwieść papalaninie fałszywej filozofii ani przestraszyć przez przesądy rzekomej religii*.>>
   Wynika z powyższego, że księgi uczonych tego świata zawierają pewne tezy, z których jedne są ściśle udowodnione, a inne po prostu wykładane. Obowiązkiem mądrych teologów jest przystapić do dowodu, iż te pierwsze nie są sprzeczne z Pismem Świętym. Jeśli zaś chodzi o te drugie, które są przedmiotem wykładu, lecz niekoniecznie stwierdzone dowodem - należy je uznać za bez wątpienia fałszywe, gdy tylko znajdzie się w nich cokolwiek, co jest sprzeczne z literą Pisma Świętego. Ale nawet w takim przypadku należy udowodnić ich fałsz.
     [...] W konsekwencji, przed potępieniem tezy przyrodniczej należy wpierw udowodnić, że nie została ona bezsprzecznie udowodniona, a obowiązek ten należy nie do tych, którzy ją uważają za prawdziwą, lecz do uważających ją za fałszywą."