niedziela, 21 maja 2017

Buddhi jest kobietą




Ostatnimi czasy powstało coś na kształt psychologii, która mieni samą siebie „wedyjską”. Stworzył ją” Satyanarayan Das Babaji razem z amerykańską terapeutką – Jessicą Richmond. „Stworzył”, bo – jak sam mówi – Wedy, ani te najdawniejsze, ani też ich późniejsze rozrosty, nie wspominają o niczym, co można by utożsamić z psychologią w rozumieniu dzisiejszym (i zachodnim).

Zastanawiam się, na ile jest to naprawdę coś nowego w sensie pracy nad problemami. Zastanawia mnie też, czy można w ogóle mówić o jakimś spójnym wedyjskim systemie, jednej nauce o umyśle, bo przecież słowo „wedyjski” to taka trochę hinduistyczna fantazja, która ma unifikować to, co z sobą często blisko (albo i wcale) powiązane nie jest. W każdym razie spojrzenie jest ciekawe i na pewno nowatorskie dla zachodniego odbiorcy, ponieważ rozszerza perspektywę aż poza śmierć. Zachęcam do zapoznania się przez opublikowane filmy, ale też posłuchanie na żywo 10-11 czerwca w Katowicach na II konferencji ajurwedyjskiej (nieaktualne).

Mnie interesuje „schemat”, struktura aparatu psychicznego człowieka, natomiast nie mam przekonania, że metody, które proponuje ta dwójka są skuteczne. Właściwie to – przyznam się szczerze – nie wierzę specjalnie w pomoc, która „uzdrawia”, dlatego wszelkiego rodzaju terapie traktuję z dużym dystansem. Wiem, że są przypadki, które takiej pracy potrzebują, więc jej nie neguję w ogóle. Dla samej siebie jednak nie widzę zastosowania. Nie wierzę więc w „poznanie uwalniające”, w znaczeniu intelektualnej świadomości zdarzeń i ich przyczyn. Przeszłości nie da się zmienić ani wymazać, choćby przez zastępowanie samskar, a zrozumienie jej niekoniecznie musi prowadzić do rozwiązania. Nie uważam również, że święty jest osobą, której nic zrobić nie można. Takie podejście do stanu doskonałości musiałoby albo zmienić naszą koncepcję Boga – Wryndawana się nie nadaję dla Boga-stoika i jego nieporuszonych wiernych – albo przyjąć, moim zdaniem sztuczny, podział na emocje materialne i duchowe. To jest oczywiście mój skrót myślowy. Więcej o tym rozdźwięku w już dość słynnej debacie o miłości Jagadanandy z Satyanarayanem Babajim w Jiva Institute w zeszłym roku. Słuchając miałam wrażenie, jakby Jagadananda czytał w moich myślach ;) Cóż, oddalam się coraz bardziej od koncepcji jedynego słusznego życia po śmierci z wszelkimi równie na wyłączność słusznymi jego przejawami, które znamy tylko z opisów.

Ponieważ mnie również interesuje, z czego składa się człowiek wcielony, a zawodowo badam ten temat od strony ajurwedy, to pokrótce o tym napiszę. Tak więc, po tych wątpiących wstępach, będzie teraz teoria pozytywna, bo uważam, że wiedza tego rodzaju jest przydatna, pomocna w życiu. Dzięki niej można sobie uświadomić co jest nam do czego potrzebne i dlaczego zaburzenie danej funkcji daje takie a nie inne skutki. Mnie osobiście uświadamia, że trzeba uważać na swoje czyny i słowa, bo odciskają one swoje piętno na innych wcale niekoniecznie za ich przyzwoleniem. Rozumiem też lepiej, dlaczego pewnych rzeczy wytłumaczyć sobie nie mogę, choć wydaje mi się, że rozsądek jest moją silną stroną.

Otóż – jak w tytule – buddhi jest kobietą! Citta i manas są nijakie, a mężczyzną jest ahankara ;) Dobra, dusza też, ale dziś nie o tym.

Tymi elementami właśnie zajmować się ma psychologia „wedyjska”. (Pozwolę sobie wedyjskość brać w cudzysłów, ponieważ naprawdę nie wiem, co ona ma oznaczać. Wiele tu sankhji widzę, trochę jogi klasycznej, ale i jakieś wyrywki z upaniszadów, Śankary, puran i innych.)

Tak więc dusza – duch, purusza, atman – inkarnując w tym świecie styka się najpierw z buddhi. Nikt do końca nie wie, a przynajmniej sankhja nie mówi, dlaczego duch w ogóle ma taki pomysł, żeby się z prakriti zetknąć. W każdym razie zerka nań i pierwsze, na co się natyka, to kosmiczny intelekt, buddhi, który działa dla puruszy jak zwierciadło. W nim duch widzi się po raz pierwszy i rozpoznaje siebie. W takim stanie nie nadaje się jeszcze do kontaktu ze światem, ponieważ buddhi nie jest nijak zindywidualizowana, to sama moc rozróżniania, dlatego (i w wyniku postrzeżenia w buddhi) duch przyjmuje ahankara, ego (poczucie odrębności, ja). Teraz już czuje swoją odrębność i indywidualność, ale wciąż nie może z niej skorzystać, bo nie posiada narzędzi do kontaktu ze światem. Potrzebuje zatem manasu – umysłu, wewnętrznego zmysłu, który zawiaduje wszystkimi dziesięcioma zmysłami. Następnie z dodatkiem sattwy, radźasu i tamasu powstaje ciało subtelne i fizyczne. Jakoś tak to być miało.

Mamy więc dźiwę, wcieloną duszę, podmiot empiryczny podlegający ograniczeniom czasowo-przestrzennym, uwikłany w sansarę na mocy prawa etycznego. Dźiwa jest tym, który spożywa owoce swoich czynów, podmiotem migrującym w sansarze, który zgodnie z gunami nań oddziałującymi wybiera dharmę, adharmę lub dźnianę i doświadcza później powodowanych przez ten wybór efektów. To podmiot odpowiedzialny za swój świat „przedstawiony”.

Ta wcielona dusza posiada narzędzia (buddhi, manas i ahankara) określane łącznie mianem ćetanawati – dziedziną świadomego myślenia. Służą jej one do doświadczania świata, który jest zupełnie innej niż ona natury. Niestety oprócz powyższych ma jeszcze ćitta/ćetas - serce, choć tak naprawdę sprawa jest złożona, bo w niektórych szkołach nie ma o nim wzmianki. Jej funkcje przejmuje umysł. Inne szkoły nie wspominają z kolei o buddhi – również manas spełnia wtedy jej rolę.

Satyanarayan Babaji obrazuje ten cały układ funkcji psychicznych porównując go do komputera. Zmysły to w tym obrazie klawiatura, którą wstukuje się zdobyte na zewnątrz dane, umysł to ekran, na którym wszystko się wyświetla. Inteligencja jest procesorem, który otrzymane dane analizuje i przetwarza, serce zaś (bardziej chyba chodzi o podświadomość niż dziedzinę czucia) jest tu dyskiem twardym, i to na nim zapisują się sanskary – wrażenia, wspomnienia minionych doświadczeń. Zapis ten nie jest jednak neutralny, ale zostaje zapakowany razem z całym ładunkiem emocjonalnym, który danemu zdarzeniu towarzyszył. To na poziomie buddhi i cetas powstawać mają zaburzenia psychiczne i Babaji mocno podkreśla rolę inteligencji w zapobieganiu powstawania traum.

Umysł otrzymuje wszystkie informacje od zmysłów i je przetwarza, ale może mieć jedynie chęć lub niechęć do tego, co przynoszone przez zmysły. Nic innego uczynić nie może. Do dalszej pracy oceniającej potrzebna jest buddhi. Ma ona bardzo ważną rolę – rolę zrozumienia, pojmowania, które zawsze zachodzi przy pomocy citta – pamięci.

Jeśli cos nie zostanie przetworzone przez inteligencję, to trafia prostu „do systemu” i wytwarza mentalną niestrawność. Będziemy te rzeczy przetwarzać we śnie, w nieświadomości.. bo trzeba będzie je strawić tak czy inaczej. W przypadku dzieci sytuacja jest dość delikatna, ponieważ nie mają jeszcze wykształconej inteligencji (jako wiedzy z doświadczenia i umiejętności rozróżniania), co oznacza, że łatwo je zranić. Pewne rzeczy nie są w ich przypadku przetwarzane przez buddhi, dlatego trafiają wprost do serca i powodują w nim różnego rodzaju traumy. Z tego dalej mogą powstać przeróżne fobie, bardzo głębokie samskary, które zachowane zostaną w ćitta z całym pakietem. A z racji tego, że nasza buddhi ma skłonność porównywania, to kiedykolwiek przydarzy mu się sytuacja w jakiś sposób podobna, to już nawet dorosłe dziecko porówna ją z sytuacją z dzieciństwa, tak więc „wygrzebie” te sanskarę. Aktywuje ją razem z emocjami.

W przypadku silnych emocji wyłączany jest intelekt, dlatego nie można sobie czegoś do końca przetłumaczyć. Emocje silne zawsze wygrywają z buddhi, dlatego ważne, żeby ją kształtować, a ukształtowaną używać. Kiedy doświadczamy silnych emocji w życiu dorosłym, mamy już uformowaną inteligencję, więc zranienia nie są aż tak niebezpieczne, jak w przypadku dziecka.

Tak więc emocje są najsilniejsze, ale najważniejsza jest inteligencja – wiedza z doświadczenia, umiejętność rozróżniania i oceniania. Im więcej rozumiesz, tym jesteś bezpieczniejszy.. Introspekcja.




Taka to teoria w skrócie (nie poruszałam tematu karmana, sansary, wyzwolenia, ale one też w niej są) - w sumie mocno przypominająca współczesne podejście psychologiczne. Choć idea podoba mi się, to na razie nie bardzo wiem, jak zastosować tę wiedzę w praktyce „po fakcie”. Gdzieś wyczytuję spomiędzy wierszy, jakoby wiedza, właściwe zrozumienie, miała leczyć. Dźiwa Goswamin też tak twierdzi – cierpimy w tym świecie tylko dlatego, że nie znamy swojej natury. No nie wiem, niespecjalnie to do mnie przemawia. Może mnie niebawem oświeci? A może spadnę do piekieł..

Zresztą jeszcze jedna wątpliwość na koniec – czy psychologia może być „jakaś”? W sensie, czy jako sposób rozwiązywania problemów typowych dla wszystkich ludzi nie musi być uniwersalna? Dla kogo jest psychologia suficka, psychologia jogi czy psychologia wedyjska? Pewnie znajdą się jeszcze psychologie buddyjskie i kabalistyczne, kto wie? Już psychologia jako nauka jest jakby na naukowym marginesie, czy więc psychologia tak mocno zanurzona w konkretnej teologii nie jest lekko „niebezpieczna”. Jeśli spojrzeć na nią, jako na „koncepcję umysłu” w takiej a takiej szkole religijnej (religijno-filozoficznej), to nie mam nic przeciw, ale tutaj wchodzi się do szpitali, ośrodków.. Być może powstała właśnie jakaś nisza, więc psychologia dla ezoteryków jest potrzebna, ale ja obawiam się leczenia, które wymaga pewnych światopoglądowych założeń. Gdzieś u podstaw tych różnych „psychologii religijnych” jakby leży założenie, że życie nasze obecne jest w jakiś sposób wybrakowane, czeka nas jakieś inne – lepsze. Teraz jest wszystko zabawą, życiem na niby, grą wynikającą z naszych fałszywych (!) ego. Nasze uczucia i emocje nie są więc tymi prawidłowymi, są materialne (!) i nie dlatego, że nie są jeszcze czyste – one są po prostu innej natury. Czyste, duchowe, przyjdą do nas z zewnątrz.

Z drugiej strony często widzę, jak pewne elementy przynależące ewidentnie do danej ścieżki, danej filozofii życia, wyciągane są z kontekstu i podawane współczesnym adeptom różnych „duchowościowych” ścieżek (albo brane przez nich samych) jako lekarstwo, remedium, narzędzie. Mantruj to, rób njasę co rano albo jeszcze inne rzeczy. W moim odczuciu jeśli już coś ma być religijnie zorientowane, to niechże to będzie po prostu religia podjęta głęboko, a nie psychologia/rozwój osobisty traktujące elementy religii instrumentalnie. Takie moje pobożne życzenie..

środa, 17 maja 2017

Zza zamkniętych drzwi

 
.. czyli z Emily Dickinson


Zastanawiam się czasem, skąd ta tendencja, żeby zatracać się w swoim odkryciu. Odkładasz jedną panią i zaraz przychodzi inna.. Jakby podobna. Ciekawe, jak długo zostanie.






Dusza dobiera sobie Towarzystwo -
I - zatrzaskuje Drzwi -
Jak Bóg - ma w sobie prawie Wszystko -
A z Reszty sobie drwi -

Nie dba - że tłoczą się Rydwany
U jej pochyłych Bram -
Że na wytartym jej Dywanie
Przyklęka Cesarz sam -

Wiem, jak z nią jest - gdy z Rzesz wybiera
Kogoś Jednego - raz -
Zamyka się jak Śluza - zwiera
W sobie - jak Głaz –


***

Dusza sama towarzystwo dobiera -
Potem drzwi zamyka - na łańcuch -
Nie prowadź nikogo więcej
Między jej świetnych wybrańców -

Niewzruszona - patrzy jak rydwany
Przystają u bramy ubogiej -
Niewzruszona - choćby ceszrz ukląkł
Pod jej progiem -

Znam ją - z licznego narodu
Jednemu podała ramię -
I zawarła podwoje uwagi -
Jak kamień -


***

Dusza dobiera sobie kompanię
i drzwi zamyka.
Odtąd nawet swych najwierniejszych
unika.

Bez zdziwienia spostrzega karocę
u swoich niskich wrót
i - jak klęknął cesarz na macie,
co kryje próg.

Bywa, że z ciżby nieprzeliczonej
jednego wybiera skinieniem,
a potem zatrzaskuje na głucho uwagę
i staje się - z kamienia.



338

Ja wiem, że On istnieje.
Gdzieś - w Milczeniu - ukrywa
Swoje jedyne życie
Przed tłumem naszych oczu.

To taka gra chwilowa -
To - przychylna Zasadzka -
Po to, by nas Błogostan
Sprawiedliwej zaskoczył!

Lecz - kiedy gra się staje
Przenikliwie na serio -
Gdy iskrę w oku gasi
Śmierć - stężałą powieką -

Czy koszt całej zabawy
Nie jest wygórowany?
Czy żart się nie posuwa
O wiele - za daleko?


***

I know that He exists.
Somewhere – in silence –
He has hid his rare life
From our gross eyes.

’Tis an instant’s play –
’Tis a fond Ambush –
Just to make Bliss
Earn her own surprise!

But – should the play
Prove piercing earnest –
Should the glee – glaze –
In Death’s – stiff – stare –

Would not the fun
Look too expensive!
Would not the jest –
Have crawled too far!


341

Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia -
Jak trawa Grób, tak Nerwy porasta konwenans -
Zdrętwiałe Serce nie wie - czy to w nim te ćwieki
Naprawdę tkwiły? kiedy - Wczoraj? czy przed Wiekiem?

Stopy drepczą bezwiednie po Chodniku wąskim
Z drewniałego Powietrza, Ziemi, Obowiązku -
I niezauważalnie
Twardnieje cierpienie
W Kwarc pogodzenia - w uciszenia Krzemień -

Ołowiana Godzina -
Kto przetrwał, ten ją wspomina
Tak jak ktoś, kto zamarzał, wspomina Biel Śnieżną -
Ziąb - potem Odrętwienie - potem wszystko jedno -


***
After great pain, a formal feeling comes –
The Nerves sit ceremonious, like Tombs –
The stiff Heart questions ‘was it He, that bore,’
And ‘Yesterday, or Centuries before’?

The Feet, mechanical, go round –
A Wooden way
Of Ground, or Air, or Ought –
Regardless grown,
A Quartz contentment, like a stone –

This is the Hour of Lead –
Remembered, if outlived,
As Freezing persons, recollect the Snow –
First – Chill – then Stupor – then the letting go –
































I myśli z podróży

Każdemu się zdaje, że droga zaczyna się wraz z jego przyjściem.

Śmierć jak pobieżne sprzątanie pojazdu przed kolejną podróżą.

Brak bólu jest przyczyną, dla której ludzie nie szukają Boga. Widać innych niż cierpiący i tak nie było. Motto naszych czasów: Hulaj dusza, bólu nie ma (baner w drodze do pracy. Autentyk)

Ezoteryka (New Age) posługuje się cudzymi symbolami - nie buduje sensów, tylko je niszczy. Wydmuszka.

Bhaktowie i inni trans. powinni czasem też rozważać, czy wierzą w życie przed śmiercią.




 

sobota, 6 maja 2017

O trudniejszej stronie medalu (dukha)..

Idąc dalej za refleksją o cierpieniu..
Otóż to nie jest tak, że ja cierpienia nie rozumiem. Rozumiem, przeżywam, potrafię dostrzec w nim jakiś sens ostatecznie (bardzo ostatecznie..) i osobiście nie mam żalu o trudne momenty, a nawet okresy. Ale jednak jako teista, dla którego istotą relacji z Bogiem jest śaranagati (najprościej: uciekanie się), nie potrafię nie widzieć w tym osoby. Jak by na to nie patrzeć, cierpienie jest personalne. Personalne, bo dotyka konkretne osoby, i personalne, bo wikła tych, którzy są w relacji, ale też tych, którzy są w związkach dalszych, czyli w obrębie tzw. tadiya („przynależących do niego”). Jeśli ktoś postrzega świat szeroko, i w każdym potrafi zobaczyć siebie, to dotyka go cierpienie każdego. Z tym, że nie mówię tu właściwie o zrozumieniu, czyli zinterpretowaniu cierpienia – o tym, co ktoś ma się nauczyć i czy mu się należy. Mówię o odczuwaniu, a właściwie o współodczuwaniu. W zasadzie chodzi o obie strony – negatywną i pozytywną, a więc także o szczęście i spełnienie. Tymczasem w Bhaktirasamritasindhu mamy taki podstępny werset, w którym mowa o tym, że cokolwiek dobrego to Wisznu, a cokolwiek złego to my ;) Sprytne, nie? Filozoficznie.. ale czy człowiek normalnie czujący może to ot, tak przyjąć? Chodzi o prawdę – czy człowiek, który niczego innego w życiu nie szuka, może z przekonaniem przyjąć taką mechaniczną odpowiedź. Przecież nie jest to zawsze prawda, przecież nawet prawo karmana temu przeczy. To trochę jak teatr. Albo jesteś pod wpływem swojego karmana, albo nie jesteś – wówczas to Bhagawan zarządza twoim losem.

Wiem oczywiście, że stwierdzenia tego rodzaju mają swój specyficzny cel – np. służą za wskazówki odnośnie nastroju typowego dla bhakty. Będąc w relacji z Bogiem nawet jego niedziałanie - milczące widzenie – zaczyna znaczyć. Brak pomocy, wsparcia zaczyna nabierać konkretnego sensu - jest po prostu brakiem pomocy i ma swój powód, którego można dociekać. Chyba że Bóg tylko oznacza, a nie znaczy, ale w myśl idei odwzajemnienia jest niejako zobowiązany do "świadomości". Nie twierdzę, że pretensja do Boga jest słuszna, ale rozumiem ją, uważam, że jest uzasadniona, podobnie jak wdzięczność za to, co budujące. Brak pretensji, poczucia krzywdy czy urazy skutkującej zmniejszeniem się zaufania, jest tym stanem ponad, do którego nie każdy dotrze. Mówienie o tym w taki sposób, jak gdyby się to już miało w zasięgu swojego doświadczenia, niewiele znaczy. Nie bez powodu zaufanie w ochronę jest jednym z punktów śaranagati – jeśli jednak raz po raz zostaje zawiedzione, to nikt mnie chyba nie przekona, że zaufanie w wyniku tego się nie zmniejsza. Miłość jest dwustronna, i składa się na nią jedność (bliskość, utożsamienie, zrozumienie) i przychylność. Nie wierzę ludziom, którzy bagatelizują cierpienie i myślą, że zrozumienie, racjonalizowanie go cokolwiek w nim zmienia. Także obsesyjne obwinienie siebie za nie jest dla mnie nienaturalne - wcale nie czuję, że jestem przyczyną wszystkiego, co mnie spotyka. Nie wydaje mi się też, że ktokolwiek zasługuje na gwałt zbiorowy z torturami. Serio.

Jednak i chęć ucieczki w mukti jest jakaś obca, znów jest marzeniem, planem do przodu, czyli środkiem znieczulającym. Odsuwa proste, wręcz dziecięce (dziecinne?) doświadczenie.

Gdyby tak odłożyć wszystkie te procesy, plany, przekonania co należy zrobić i kto na co zasłużył, jak być wytrzymałym, czy że jak cię nie zabije, to cię wzmocni itd., to przyszłoby człowiekowi tak po prostu usiąść i zdrowo zapłakać. Jest, oj jest nad czym. Wiem, że to niedojrzałe. Wiem, że gdybym powiedziała co mnie smuci głośno wśród poważnych ludzi, to jedni pomyśleliby w duchu, że mieli mnie za mądrzejszą (mam "przerobione"!), a inni zasypali życzliwą radą jak sobie pomóc. Wszystko jest przecież dobrze, fair, każdemu wg zasług.. Cóż, świat nigdy nie widział tylu mistyków. W gruncie rzeczy tak samo zagubionych, wiedzących nic o ostateczności i o swoim losie, ratujących się w tych nowych religiach przed cierpieniem jak każdy inny. W sumie zastanawia mnie, dlaczego ideałem współczesności jest albo wygadany ekspert, lew parkietu z nerwami ze stali albo eteryczna niewiasta, dobra wróżka rozsiewająca wszędzie miłość i feromony. Niestety, dla mnie naturą jest powaga. Stąd najlepiej się czuję w towarzystwie starych portretów.

Co więcej, zaczynam tracić wiarę w tzw. rozwój duchowy, a już zupełnie wkładam między bajki „pracę nad sobą” i rozwój osobisty. Dla mnie one wszystkie przynależą do dziedziny umysłu: „wymyślam sobie”, „układam tabelki”, wyrysowuję cele i docieram… Wystarczy utrata pamięci i jesteś na powrót w.. O:) .. domu, albo i w piwnicy. Kiedy zastanawiam się nad tym, czy ja poczyniłam jakikolwiek krok do przodu, to nie dostrzegam nic, jestem tym samym mimo różnych praktyk (czasem intensywnych), może dojrzalsza (a może i niedojrzalsza) ale w tym sensie tymczasowym, wynikającym z charakteru. Cóż, charakter to sposób reagowania na świat – nie jest w moim odczuciu czymś stałym. Zmienią się okoliczności (w życiu kolejnym), zmienią się wstępne doświadczenia, to zmieni się i charakter. Nie będzie to przypadkowy stan, bo jaki stan umysłu ma w momencie śmierci, takim stanem rozpocznie kolejne życie.. ale wciąż jest to obszar nieustannie kotłującej się i przemieniającej karmy. Im więcej doświadczeń, tym więcej uwikłania, większe splątanie motywów, więcej samskar, które uwarunkują kolejne działania. Dlatego zastanawiam się na ile te różne doświadczenia są duchowej duszy faktycznie potrzebne – sytuacja przebywania w obszarze trzech gun jest przecież zupełnie dla duszy nienaturalna, nasze reakcje tutaj wynikają z iluzji spowodowanej przez te siły, nie świadczą zatem o nas w stanie czystym, w stanie poza. To jakby sprawdzać czyjeś zdolności, kiedy jest pod wpływem alkoholu. Wnioskuję, że skoro jedyną różnicą między nitya-unmukha i nitya-bahirmukha jest zwrócenie w stronę Bhagawana, to tylko temu celowi służy ten świat. Tak zresztą stwierdza Jiva Gosvami w Sandarbhach (Paramatma, Bhagawat). Czy cel jest osiągany, czy środki adekwatne? Zresztą od zawsze nurtowało mnie pytanie – co jest właściwie tym narzędziem, którym możemy ten swój tunel wykuwać w głąb. I niestety nie wiem, nie sądzę, że istnieje takie narzędzie. Może jedynie tęsknota do swojej natury duchowej i tęsknota za swoją dharmą – przychylną relacją ducha z duchem. Odwaga i uwaga, które przejawiają się w postaci jakiejś konkretnej praktyki. Np. nāma. Święte Imię jest naturalne, bo jest wołaniem. Już samo w sobie jest „uciekaniem się” i ulgą, śaranagati, ale i po prostu obecnością, bo to obecność leczy. Nie sądzę jednak, że” rozwój” osobisty (czyli samorealizację) można „zrobić”, zapisać się na kurs, starać o dyplomy, wypraktykować. Indyjskie tradycja zajmują się metodą, jogą, procesem, ale zawsze zawiera on w sobie element łaski.

Być może można mówić o jakimś etycznym zaawansowaniu – o zwiększaniu się poziomu empatii i odpowiedzialności – ale to się raczej rzadko zmienia na przestrzeni życia. Jeśli obserwuję taką szybką zmianę, to raczej zaniku empatii.

Btw, mam za sobą podejście piąte do Junga.. (Marzenia senne) No więc: "U kobiet wygląda to całkiem inaczej. Kobiety muszą mieć emocje, w przeciwnym razie niczego nie poznają. Kobieta płacze z nudów, ze znużenia, z wściekłości, z radości itd. – ale nie dlatego, że jest smutna. Jej emocje służą pewnemu celowi, kobieta umie pracować nad swymi emocjami; czy się do tego przyznaje, czy nie – o, to całkiem inna sprawa. Mężczyzna nigdy nie wykorzystuje emocji do pewnego celu; mężczyzny niepodobna analizować na podstawie jego emocji; jeśli mę...żczyzna pracuje nad swymi emocjami, to jest głupi; to destruktywne. Kobietę można natomiast analizować wyłącznie na podstawie jej emocji; kobieta staje się emocjonalna w taki właśnie owocny sposób. Jeśli nie uda nam się przedostać do emocji kobiety, wówczas niczego nie wskóramy – z tak zwanym rozumem kobiecym można rozmawiać jak z biblioteką – całkiem jałowe zajęcie. Prawdziwą naturą kobiety jest eros."

No nie da się, no nijak..

Jakiś czas temu żaliłam się mężowi, że chciałabym, żeby istniało takie miejsce, do którego się udawszy, usłyszy się tylko prawdę. Taka wyrocznia. Porzuciłam temat w przygnębieniu, po czym w Gitajayanti podczas dyskusji o procesie i karmie uświadomiłam sobie, że już jest takie miejsce – są nimi.. wiadomo. A jak nie wiadomo, to należy dłużej pomyśleć, bardziej potrzebować.

sobota, 15 kwietnia 2017

O pesymizmie w bhakti


Ponieważ z różnych względów siedzę ostatnio całkiem po pas w myśli indyjskiej - niekoniecznie w tej, do której mi najbliżej - to drąży mnie pewna refleksja. Studiując te bardziej "psychologiczne" wątki, jak koncepcja podmiotu, ludzkie dążenia i wyzwolenie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo pesymistyczna jest ta filozofia. Ale nie tylko filozofia, także i religia, która na tych samych założeniach jest zwykle zbudowana.  Jak bardzo uwypuklana jest rola cierpienia, zdaje się wręcz, że życie traktuje się jako nic nie warte dlatego tylko, że przesiąknięte jest cierpieniem, że ból jest rzeczą pewną. Nawet Dźiwa Goswami rozpoczyna 'Pritisandarbhę' od ustalenia, że ostatecznie chodzi w życiu o to, aby całkowicie zniwelować cierpienie i uzyskać stałe szczęście. Zastanawiam się co tak bardzo przeraża Indusów, choć wydaje się, że musi to być sansara, powtarzalność, "wieczność" powtórnych trudnych narodzin. Ciekawe, że w ogóle nie afirmuje się tego, co dobre i piękne. Wystarczy, że jest perspektywa cierpienia i ona już wszystko prowadzi do pragnienia mokszy.

Karman, dharma, sansara i moksza.. 

Rzadko uświadamiamy sobie, że na tych samych koncepcjach ufundowany został także wisznuizm Ćajtanji. Czasem wyraźnie widzę, jak bardzo to wszystko do siebie nie pasuje w swojej istocie. Np. w przypadku aparatu psychicznego człowieka. Koncepcja na temat narzędzi poznawczych i ich funkcji stworzona została w sankhji i jodze, i im odpowiada, dobrze sprawdza się też w systemie adwajta, w którym wszystkie doświadczenia maja jedynie tę funkcję, żeby doprowadzić do zrozumienia, że "ty jesteś tym". Jeśli jednak świat nie jest iluzją, to wszelkie przeżywanie tutaj - czy to w ramach szkoły czy kary - nie ma żadnego sensu. Udoskonalamy się, budujemy stopniowo swoją wrażliwość, kształtujemy charakter po to tylko, żeby zburzyć to wszystko. Doświadczają świata nasze wadliwe "narzędzia" - to, co czujemy nie jest ważne, bo czuje to umysł/citta, to co myślimy nie jest ważne, bo czyni to buddhi, to, czym się czujemy nie jest ważne, bo czuje się tym nasze "fałszywe", iluzoryczne ego. Do życia "tutaj" wiedza o tych narzędziach jest bardzo przydatna, inaczej jest jednak, jeśli chodzi o życie wieczne. Nie byłoby z tą ideą żadnego problemu, gdybyśmy dążyli do "oczyszczenia siebie" ze wszystkiego, co naddane. Ale my chcemy ostatecznie czuć, myśleć i utożsamiać się. Ściągamy więc narzędzia "materialne", żeby założyć "duchowe". Ahankarę zastępujemy ahambhawą, manas materialny - duchowym. Przywdziewamy nawet duchowe ciało, które - wnioskuję - nie jest nami (chyba że jest jakąś uśpioną częścią nas czekającą na nas w świecie duchowym. Ale to jest sprzeczne z koncepcją atomiczności, niepodzielności duszy). Osobiście muszę traktować to jako metaforę, wyrażenie poetyckie, które w praktyce nic nie oznacza. Śmiem sądzić, że faktycznie ma miejsce jednak "rozwój", a nie budowanie, rozbiórka i budowanie od nowa z innego budulca. Koncepcje te mają moim zdaniem sens, jeśli budujemy do tego czasu, aż dojrzejemy, żeby efekciarsko zburzyć i uzyskać tym wolność. Ale to nie my - wisznuici, tylko ci wszyscy od duszy jako "sat".

Podobnie z ideą duchowego świata, ostatecznej rzeczywistości. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że opisy, których tak ochoczo się trzymamy, są raczej przerażające, gdyby je brać literalnie. Świat taki jak nasz, tylko dobry. Taki, w którym mamy życie jak nasze, ale nie mamy śmierci. Miejsce vai-kuntha.. Bez zmartwień, bez cierpienia. Znów cierpienie, którego Indus znosić nie chce, którego trzeba uniknąć. Ale czym będzie taki sam świat, tylko piękniejszy i wolny od zła? Przecież w nim wszystko straci sens. Co będzie znaczyło słowo "lew", albo czym będzie przejście w ciemną noc przez las? Jaka będzie głębia przeżywania bez perspektywy śmierci, końca? Ktoś powie, że tam będzie Joga-maja, która sprawi, że będzie "wrażenie", że śmierć jest, że lew może zabić, a w leśnej gęstwinie nocą czai się niebezpieczeństwo. Ale czy to nie oznaczałoby, że świat duchowy wzorowany jest na świecie materialnym? że naśladuje jego relacje i sensy?

To wszystko musi być inaczej. Wierzę głęboko w Krysznę, ideał ludzkiego Boga przyjęłam bardzo wcześnie (właśnie mamy 20tą rocznicę), bo przyciągał mnie, i wciąż przyciąga. To się nie zmieni. Jednak coraz częściej skupiam się na życiu tu, a nie na śmierci, o której - mimo przeczytania niemałej ilości różnych źródeł - wiem niewiele... Żeby nie powiedzieć -- nic. Cierpienie jest ciężarem, ale kiedy zadaję sobie pytanie (z perspektywy osoby, która nie wie, nie ma żadnych przecieków): jeśli by po śmierci nawet nic nie było, to czy warto jednak żyć? Nie mam wątpliwości. Nie widzę nawet innej możliwości -- byłaby nie tylko niewdzięczna, ale i nielogiczna. Po prostu jestem. Życie jednak postrzegam jako przywilej, dobro, łaskę. Dlatego w pewnym sensie daleko mi do Indii z ich uwypukleniem cierpienia, negacją życia i ciała.. Rozumiem ten pesymizm zwłaszcza w kontekście sansary, i w pewnym stopniu akceptuję, bo naturalnym jest unikać nieprzyjemności, ale czasem sobie myślę, że dobrym człowiekiem jest ten, który jest dobry bez żadnych obietnic, bez żadnych koncepcji. Rozumiem to przyciąganie do wieczności, stałej niezmiennej szczęśliwości, a jednak lekko temu nie dowierzam.. Jak adźniajikowie - nic nie wiadomo oprócz tego, że nie należy być świnia. (Chociaż... też nie w sensie odgórnego przymusu, a raczej empatii.) Kusi mnie, żeby jednak stawiać te heretyckie pytania. Właściwie dźwięczą mi głowie bardziej "hard-core'owe", ale jeszcze się ich trochę 'obawiam'.

Podobno dusza wątpiąca nie zazna szczęścia ani tu ani tam. 

(Z niebyciem świnią też różnie bywa, bo czy się jest, czy się nie jest, często się na nią wychodzi. Dlatego czasem wątpię w praktyczne znaczenie prawdy. Nikt jej raczej nie odnotowuje, a cóż z tego, że ja wiem. Zdaje się, że pobyt tutaj to taki wielki szwedzki stół - obsłużamy się sobą wzajemnie, zupełnie nie poświęcając drugiemu uwagi. Nie staramy się dostrzec drugiego takim, jaki jest. Właściwie zawieramy związki głównie z sobą. Patrzeć i widzieć - to jest dopiero sztuka)

Może dlatego właśnie bliżej mi do 'Gity' ostatnimi czasy niż do 'Bhagawatam', ponieważ ona pomaga żyć tutaj. Na razie moje "prywatne lila" w tym świecie zajmują moją uwagę niemal całkowicie. Ufam, że Kryszna jest i tu obecny, że przyjmuje i ofiary z życia. Pewnie kiedyś - może na starość - przyjdzie czas na skupienie się na "tam". Myślę, że w gruncie rzeczy Prabhupada bardzo mądrze przełożył "bhakti" na "świadomość Kryszny". Tak właśnie postrzegam bhakti.

środa, 7 grudnia 2016

Szkic o niesfornych nogach Absolutu


Ostatnio, rozmyślając nad cierpieniem i udziałem w nim Boga, wpadł mi do głowy [ehem..] genialny acz wybitnie nieautoryzowany obraz. Otóż świat materialny z całą naszą pożałowania godną sytuacją i niezawinioną karmą (anadi nie wiadomo kto zaczął, ale ktoś musi oberwać) po prostu musi być siniakiem na nodze Absolutu. Inaczej być nie może. Każda inna możliwość, inne wytłumaczenie obecnego stanu rzeczy wikła Boga w nasze cierpienie, zdradza jego niecny współudział (patrzy, ale ręki nie poda..). A przecież Bóg jest dobry – tak czujemy w kościach, nie żebyśmy zaraz to gdzieś mieli obserwować wokół siebie.. Ale wierzyć trzeba, trzeba mieć nadzieję. Musimy się więc pochylić raczej nad koncepcją i ukuć ją sobie wedle własnej miary. A przekonana jestem, że zamiast szukania świętego sensu, trzeba Boga zapytać o łupanie w krzyżu. Jest to znacznie krótsza droga do oświecenia i nie rodzi potrzeby zsyłania teologów, żeby nam poukładali to, co się inaczej składać nie chce, a potem sensownie wyłożyli w księgach. Co mają sobie ręce brudzić, niech grają w tę piłkę w spokoju!

Otóż mnie koncepcja boskiego siniaka tłumaczy w zasadzie wszystko.

Po pierwsze – jak na filologa przystało – abhidhā, czyli „a dlaczego siniak”. A bo na nodze, a świat fizyczny, jak wiedzą wszyscy pandici, zwie się eka-pada-vibhūti. Pada to przecież nic innego, jak noga. Eka-pada to jedna noga, tyle już wiemy. Teraz vibhūti.. 'manifestacja mocy, wielka, nadludzka moc'. Jesteśmy zatem mocnym przejawieniem na jednej (boskiej  rzecz jasna) nodze. Narzuca się samo, nieprawdaż?

Po drugie, boski siniak tłumaczy zupełny brak logiki zaistnienia świata i doboru dusz do niego, a także bezzasadny ich podział na unmukha i bahirmukha w stanie jeszcze przecież nieuwarunkowanym. No bo jakaż może być logika w tym, że ktoś się walnął (i w co)? Przecież nie specjalnie! Ponadto, przejawia się w tym obrazie ludzki charakter Boga – szedł i zwyczajnie nie zauważył kamyka małego, przewróconego drzewa, a może chłopiec-pasterz kopnął go w piszczel podczas gorącego meczu? Zdarza się. Z tego również wynikałoby, że świat nie jest grą w znaczeniu zimnego zamysłu surowego demiurga, który z wszelką uwagą przygotował arenę dla wyklętych pacynek wyrywających sobie w ramach ćwiczeń ręce, nogi czy serca. Nie, to skutek małej nieuwagi, chwili zapomnienia, wolny jest więc od nieprzychylnych intencji Nadduszy. Czy nie pasuje to bardziej do wizerunku delikatnego Kryszny, który jest czuły na każdy gest swojego bhakty i zawsze gotowy na odwzajemnienie, ale i który się chowa z byle powodu ze wstydu i niechęci, by się narzucać? Czy raczej jednak Bóg wyczulony na własnym punkcie, a obojętny na krwawe jatki pośród swoich podopiecznych..?

Co więcej, siniak jako bolesna kontuzja odczuwany jest dotkliwie także i przez Niego. Ból człowieka nie jest Mu obojętny, cierpi z nami.

Po trzecie, acintya-bhedābheda w temacie jednoczesnej jedności i odrębności dusz i Boga, oraz bycia i nie-bycia Boga w tym świecie. Niby jesteśmy Bogiem i w Bogu, a jakoś tak zachowujemy się jak potłuczeni. Jesteśmy Nim w sensie istoty i potencjału, lecz chwilowo niedysponowani, więc i nieprzejawiający pełni swoich mocy. Czy ktoś zaprzeczy, że lepiej być stanem zapalnym, strupem na łokciu, zdartym kolankiem lub czarnym paznokciem, niż duszą wiecznie upadłą? Jednocześnie nie wychodzimy nigdzie poza Boga, tak jak i Bóg nie przestaje być swoim siniakiem. Można by temat rozwinąć o porównanie mistycznej geografii z mistyczną topografią siniaka, ale nie czuję się ekspertem w kwestii opuchlizn czy to bardziej płaskich, czy w kształcie golaka. Temat wypukłości znudził mnie już dostatecznie przy dyskusji płaskoziemnej. Coś w każdym razie jest na rzeczy..

Po czwarte, kiedyś się zagoimy, co oznacza, że nie jesteśmy wyklęci na zawsze! A Bóg bez wątpienia jeszcze nie raz się w coś uderzy. W końcu zabawy w lesie są bardzo niebezpieczne, a jeszcze jak zakochany, to i rozkojarzony. Miejmy tylko nadzieję, że następnym razem jednak w co innego..


Eh.. kiedyś tę myśl dopracuję O:)

Póki co i takie bazgroły dodają mi otuchy. Śakti jako koncepcja wydaje mi się taka 'nieuchwytna'.