sobota, 15 kwietnia 2017

O pesymizmie w bhakti


Ponieważ z różnych względów siedzę ostatnio całkiem po pas w myśli indyjskiej - niekoniecznie w tej, do której mi najbliżej - to drąży mnie pewna refleksja. Studiując te bardziej "psychologiczne" wątki, jak koncepcja podmiotu, ludzkie dążenia i wyzwolenie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo pesymistyczna jest ta filozofia. Ale nie tylko filozofia, także i religia, która na tych samych założeniach jest zwykle zbudowana.  Jak bardzo uwypuklana jest rola cierpienia, zdaje się wręcz, że życie traktuje się jako nic nie warte dlatego tylko, że przesiąknięte jest cierpieniem, że ból jest rzeczą pewną. Nawet Dźiwa Goswami rozpoczyna 'Pritisandarbhę' od ustalenia, że ostatecznie chodzi w życiu o to, aby całkowicie zniwelować cierpienie i uzyskać stałe szczęście. Zastanawiam się co tak bardzo przeraża Indusów, choć wydaje się, że musi to być sansara, powtarzalność, "wieczność" powtórnych trudnych narodzin. Ciekawe, że w ogóle nie afirmuje się tego, co dobre i piękne. Wystarczy, że jest perspektywa cierpienia i ona już wszystko prowadzi do pragnienia mokszy.

Karman, dharma, sansara i moksza.. 

Rzadko uświadamiamy sobie, że na tych samych koncepcjach ufundowany został także wisznuizm Ćajtanji. Czasem wyraźnie widzę, jak bardzo to wszystko do siebie nie pasuje w swojej istocie. Np. w przypadku aparatu psychicznego człowieka. Koncepcja na temat narzędzi poznawczych i ich funkcji stworzona została w sankhji i jodze, i im odpowiada, dobrze sprawdza się też w systemie adwajta, w którym wszystkie doświadczenia maja jedynie tę funkcję, żeby doprowadzić do zrozumienia, że "ty jesteś tym". Jeśli jednak świat nie jest iluzją, to wszelkie przeżywanie tutaj - czy to w ramach szkoły czy kary - nie ma żadnego sensu. Udoskonalamy się, budujemy stopniowo swoją wrażliwość, kształtujemy charakter po to tylko, żeby zburzyć to wszystko. Doświadczają świata nasze wadliwe "narzędzia" - to, co czujemy nie jest ważne, bo czuje to umysł/citta, to co myślimy nie jest ważne, bo czyni to buddhi, to, czym się czujemy nie jest ważne, bo czuje się tym nasze "fałszywe", iluzoryczne ego. Do życia "tutaj" wiedza o tych narzędziach jest bardzo przydatna, inaczej jest jednak, jeśli chodzi o życie wieczne. Nie byłoby z tą ideą żadnego problemu, gdybyśmy dążyli do "oczyszczenia siebie" ze wszystkiego, co naddane. Ale my chcemy ostatecznie czuć, myśleć i utożsamiać się. Ściągamy więc narzędzia "materialne", żeby założyć "duchowe". Ahankarę zastępujemy ahambhawą, manas materialny - duchowym. Przywdziewamy nawet duchowe ciało, które - wnioskuję - nie jest nami (chyba że jest jakąś uśpioną częścią nas czekającą na nas w świecie duchowym. Ale to jest sprzeczne z koncepcją atomiczności, niepodzielności duszy). Osobiście muszę traktować to jako metaforę, wyrażenie poetyckie, które w praktyce nic nie oznacza. Śmiem sądzić, że faktycznie ma miejsce jednak "rozwój", a nie budowanie, rozbiórka i budowanie od nowa z innego budulca. Koncepcje te mają moim zdaniem sens, jeśli budujemy do tego czasu, aż dojrzejemy, żeby efekciarsko zburzyć i uzyskać tym wolność. Ale to nie my - wisznuici, tylko ci wszyscy od duszy jako "sat".

Podobnie z ideą duchowego świata, ostatecznej rzeczywistości. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że opisy, których tak ochoczo się trzymamy, są raczej przerażające, gdyby je brać literalnie. Świat taki jak nasz, tylko dobry. Taki, w którym mamy życie jak nasze, ale nie mamy śmierci. Miejsce vai-kuntha.. Bez zmartwień, bez cierpienia. Znów cierpienie, którego Indus znosić nie chce, którego trzeba uniknąć. Ale czym będzie taki sam świat, tylko piękniejszy i wolny od zła? Przecież w nim wszystko straci sens. Co będzie znaczyło słowo "lew", albo czym będzie przejście w ciemną noc przez las? Jaka będzie głębia przeżywania bez perspektywy śmierci, końca? Ktoś powie, że tam będzie Joga-maja, która sprawi, że będzie "wrażenie", że śmierć jest, że lew może zabić, a w leśnej gęstwinie nocą czai się niebezpieczeństwo. Ale czy to nie oznaczałoby, że świat duchowy wzorowany jest na świecie materialnym? że naśladuje jego relacje i sensy?

To wszystko musi być inaczej. Wierzę głęboko w Krysznę, ideał ludzkiego Boga przyjęłam bardzo wcześnie (właśnie mamy 20tą rocznicę), bo przyciągał mnie, i wciąż przyciąga. To się nie zmieni. Jednak coraz częściej skupiam się na życiu tu, a nie na śmierci, o której - mimo przeczytania niemałej ilości różnych źródeł - wiem niewiele... Żeby nie powiedzieć -- nic. Cierpienie jest ciężarem, ale kiedy zadaję sobie pytanie (z perspektywy osoby, która nie wie, nie ma żadnych przecieków): jeśli by po śmierci nawet nic nie było, to czy warto jednak żyć? Nie mam wątpliwości. Nie widzę nawet innej możliwości -- byłaby nie tylko niewdzięczna, ale i nielogiczna. Po prostu jestem. Życie jednak postrzegam jako przywilej, dobro, łaskę. Dlatego w pewnym sensie daleko mi do Indii z ich uwypukleniem cierpienia, negacją życia i ciała.. Rozumiem ten pesymizm zwłaszcza w kontekście sansary, i w pewnym stopniu akceptuję, bo naturalnym jest unikać nieprzyjemności, ale czasem sobie myślę, że dobrym człowiekiem jest ten, który jest dobry bez żadnych obietnic, bez żadnych koncepcji. Rozumiem to przyciąganie do wieczności, stałej niezmiennej szczęśliwości, a jednak lekko temu nie dowierzam.. Jak adźniajikowie - nic nie wiadomo oprócz tego, że nie należy być świnia. (Chociaż... też nie w sensie odgórnego przymusu, a raczej empatii.) Kusi mnie, żeby jednak stawiać te heretyckie pytania. Właściwie dźwięczą mi głowie bardziej "hard-core'owe", ale jeszcze się ich trochę 'obawiam'.

Podobno dusza wątpiąca nie zazna szczęścia ani tu ani tam. 

(Z niebyciem świnią też różnie bywa, bo czy się jest, czy się nie jest, często się na nią wychodzi. Dlatego czasem wątpię w praktyczne znaczenie prawdy. Nikt jej raczej nie odnotowuje, a cóż z tego, że ja wiem. Zdaje się, że pobyt tutaj to taki wielki szwedzki stół - obsłużamy się sobą wzajemnie, zupełnie nie poświęcając drugiemu uwagi. Nie staramy się dostrzec drugiego takim, jaki jest. Właściwie zawieramy związki głównie z sobą. Patrzeć i widzieć - to jest dopiero sztuka)

Może dlatego właśnie bliżej mi do 'Gity' ostatnimi czasy niż do 'Bhagawatam', ponieważ ona pomaga żyć tutaj. Na razie moje "prywatne lila" w tym świecie zajmują moją uwagę niemal całkowicie. Ufam, że Kryszna jest i tu obecny, że przyjmuje i ofiary z życia. Pewnie kiedyś - może na starość - przyjdzie czas na skupienie się na "tam". Myślę, że w gruncie rzeczy Prabhupada bardzo mądrze przełożył "bhakti" na "świadomość Kryszny". Tak właśnie postrzegam bhakti.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz